Badacze przeanalizowali 73 miejskie ogrody i farmy w Europie oraz Stanach Zjednoczonych, porównując ich wpływ na klimat z produkcją tych samych lub podobnych produktów w tradycyjnym rolnictwie.
Wyniki opublikowane w czasopiśmie „Nature Cities” pokazały dużą różnicę.
Średni ślad węglowy jednej porcji żywności pochodzącej z miejskich upraw wynosił około 420 gramów ekwiwalentu CO₂.
W przypadku rolnictwa konwencjonalnego było to średnio około 70 gramów.
Oznacza to różnicę około sześciokrotną.
Problemem nie są same warzywa
Na pierwszy rzut oka wynik może wydawać się zaskakujący.
Własne warzywa nie wymagają przecież transportowania przez setki kilometrów, chłodni ani części opakowań wykorzystywanych w handlu.
Okazało się jednak, że ogromne znaczenie ma infrastruktura potrzebna do stworzenia niewielkiej miejskiej uprawy.
Chodzi m.in. o podwyższone grządki, skrzynie, konstrukcje, kompostowniki, elementy nawadniania czy zagospodarowanie samego terenu.
Produkcja materiałów potrzebnych do ich wykonania również powoduje emisje. Jeżeli taka infrastruktura służy przez krótki czas albo uzyskiwane z niej plony są niewielkie, jej ślad węglowy rozkłada się na stosunkowo małą ilość żywności.
Nie każdy ogródek wypada gorzej
Badanie nie oznacza jednak, że własna uprawa warzyw jest z definicji niekorzystna dla klimatu.
Wręcz przeciwnie – około jednej czwartej indywidualnie prowadzonych ogrodów osiągnęło wyniki równie dobre lub lepsze od konwencjonalnego rolnictwa.
Duże znaczenie miało to, jak długo wykorzystywana była infrastruktura, jakie materiały stosowano i co dokładnie uprawiano.
Im dłużej służą skrzynie, narzędzia czy instalacje, tym mniejsza część emisji związanej z ich produkcją przypada na każdy kilogram zebranych warzyw.
Pomidory mogą wypaść bardzo dobrze
Jednym z ciekawszych wyjątków okazały się pomidory.
W części miejskich upraw ich ślad węglowy był niższy niż w przypadku pomidorów pochodzących z tradycyjnego rynku.
Ma to szczególne znaczenie, gdy alternatywą są warzywa produkowane w ogrzewanych szklarniach albo transportowane na duże odległości.
Badacze wskazują, że w miejskich ogrodach najbardziej opłaca się pod względem klimatycznym uprawiać właśnie produkty, których konwencjonalna produkcja sama wiąże się z wysokimi emisjami.
Kompost i materiały z odzysku robią różnicę
Autorzy badania wskazują kilka sposobów na ograniczenie śladu węglowego własnego ogródka.
Jednym z najważniejszych jest wykorzystywanie istniejących materiałów zamiast kupowania nowych elementów specjalnie na potrzeby uprawy.
Pomaga również:
- korzystanie z kompostu i lokalnych odpadów organicznych,
- ponowne używanie materiałów,
- wieloletnie korzystanie z tej samej infrastruktury,
- uzyskiwanie możliwie dużych plonów,
- wybieranie roślin, których produkcja przemysłowa jest szczególnie energochłonna.
Autorzy badania określają takie podejście jako zwiększanie „cyrkularności” miejskich upraw – czyli wykorzystywanie odpadów jako zasobów i ograniczanie potrzeby produkowania nowych materiałów.
Własny ogródek to nie tylko emisje CO₂
Ślad węglowy jest tylko jednym z elementów oceny własnej uprawy.
Miejskie ogrody mogą przynosić także inne korzyści: dostarczają świeżej żywności, zwiększają różnorodność biologiczną, umożliwiają wykorzystanie odpadów organicznych i tworzą tereny zielone.
W jednym z powiązanych badań prowadzonych na miejskich farmach i w ogrodach stwierdzono średnio około 20 różnych upraw na jedno badane miejsce, nie licząc roślin ozdobnych.
Dla wielu osób prowadzenie ogródka jest również formą odpoczynku i aktywności społecznej.
Kupować czy hodować samemu?
Nie ma więc jednej odpowiedzi.
Jeżeli dla kilku sadzonek kupimy nowe skrzynie, konstrukcję szklarni, narzędzia i rozbudowany system nawadniania, a całość będzie wykorzystywana tylko przez kilka sezonów, warzywa z dużego gospodarstwa mogą mieć mniejszy ślad węglowy.
Jeżeli jednak ogród działa przez wiele lat, korzysta z materiałów z odzysku, kompostu i daje wysokie plony, jego wynik może być równie dobry, a czasem nawet lepszy.
Wniosek z badania nie brzmi więc: „nie warto uprawiać własnych warzyw”.
Pokazuje raczej, że najbardziej ekologiczny ogródek to niekoniecznie ten najbardziej rozbudowany – lecz taki, który jest prosty, wydajny i przez wiele lat wykorzystuje te same materiały.