Nawozy spływające z pól i niewłaściwie zagospodarowane ścieki dostarczają do rzek azot i fosfor, które ostatecznie trafiają do Bałtyku. Nadmiar tych substancji sprzyja intensywnemu rozwojowi glonów i sinic.

Gdy organizmy te obumierają i opadają na dno, podczas ich rozkładu zużywany jest tlen. W efekcie powstają rozległe obszary, w których warunki stają się bardzo trudne lub niemożliwe do życia dla wielu organizmów.

Według HELCOM eutrofizacją dotknięte jest około 94 proc. powierzchni Bałtyku. Obszary niedotlenione zajmowały w ostatnich dekadach około 60–70 tys. km².

– Możemy sobie wyobrazić Bałtyk jako wannę, do której przez dziesiątki lat spływało bardzo dużo zanieczyszczonej wody. Nawet jeżeli teraz udaje nam się ograniczyć dopływ zanieczyszczeń, to odpowiedź tego ekosystemu jest w dłuższym terminie – tłumaczy w rozmowie z Newserią Marcin Kotlarek, prezes Fundacji Race for the Baltic.

Sytuacja pod względem dopływu zanieczyszczeń stopniowo się poprawia. Z danych HELCOM wynika, że do 2022 roku znormalizowany dopływ azotu do Bałtyku zmniejszył się o 11 proc., a fosforu o 32 proc. w porównaniu z okresem referencyjnym 1997–2003.

Problem pozostaje jednak poważny. Niemal cała Polska znajduje się w zlewni Bałtyku. Oznacza to, że zanieczyszczenia trafiające do rzek nawet setki kilometrów od wybrzeża mogą ostatecznie dotrzeć do morza.

Fundacja Race for the Baltic prowadzi obecnie projekt „Bałtyk zaczyna się na lądzie”, który ma zwracać uwagę m.in. na wpływ rolnictwa i gospodarki ściekowej na stan morza.

Poprawa kondycji Bałtyku wymaga więc nie tylko działań prowadzonych na wybrzeżu, ale dalszego ograniczania dopływu azotu i fosforu w całym dorzeczu.